Wywiad z Wojciechem Stawowym

Gorącym tematem jest obecnie program certyfikacji PZPN. Co Pan, jako osoba z doświadczeniem w akademii i pierwszych zespołach seniorskich, o nim sądzi?

Praca każdej akademii broni się sama. Ja jednak rozumiem ten ruch PZPN, bo chciał stworzyć pewne wymogi, ramy, które powinno się spełniać. PZPN ma też swój plan szkoleniowy i tak samo w przypadku certyfikacji – wymaga, by każda akademia przedstawiła, jak pracuje z młodzieżą i jaki ma pomysł. My jako Escola przystąpiliśmy do tego programu, mieliśmy kilka spotkań z PZPN. Związek zgodził się na to, byśmy pracowali na podstawie własnej metodologii, to zostało zaakceptowane. Ostatecznie wycofaliśmy się.

Niektóre kluby, zwłaszcza te duże, w ogóle nie wzięły udziału w certyfikacji. Są różne zdanie w tym temacie.

Niektóre duże marki uznały, że tego nie potrzebują. Zwłaszcza że wiele akademii wypracowuje swój model. W zasadzie każdy klub powinien mieć taki model, do którego wybiera się określonych trenerów. Akademie swoją drogą powinny też pracować na pierwszy zespół, grać tym samym systemem, zawodnik przygotowany powinien być pod kątem gry w „jedynce”. Nie powinny inaczej pracować akademia, a inaczej pierwszy zespół.

Czyli wspomniany model powinien być odgórny i sugerowany przez np. dyrektora sportowego?

Tak, by nie było sytuacji, że przychodzi trener, zmienia wszystko, a po 2-3 latach przychodzi kolejny i odwraca to do góry nogami. W reprezentacji podobnie – nie powinno być tak, że inaczej gra U-19, inaczej U-21, a jeszcze inaczej seniorzy. Powinien być preferowany od lat polski model gry, a trenerzy dobierani być po to, by ten model wprowadzać i ulepszać. Jak spojrzymy na nasze reprezentacje, to każdy gra inaczej.

Ma Pan – po tych latach doświadczenia w piłce – „zaufany” system gry, który wprowadziłby Pan niezależnie od tego, gdzie by Pan pracował?

Ja ustawiam zespoły w systemie 4-3-3, ale jest to system elastyczny, mobilny. W meczu często się to zmienia, a wynika to z tego, że zawsze staram się do dążyć do tego, by zawodnicy byli kreatywni, nieprzywiązani do swojej pozycji i potrafili grać na każdej pozycji. To daje różnorodność w budowaniu ataku pozycyjnego, grze z kontrataku, grze obronnej. Stosuję ten model od lat, ale nie na zasadzie takiej, że stosowałbym go dokładnie tak samo, jak 6 lat temu. Ten model ulepszam, bo piłka się zmienia. Cały czas idę do przodu i widać to po naszej pracy w Escoli – co pół roku modyfikujemy naszą pracę, ale nie wychodząc poza określone ramy – sposób i filozofię gry. A te oparte są o to, by narzucać rywalowi warunki gry, a nie je od niego przyjmować. By dążyć do dominacji przez posiadanie piłki, ale mądre posiadanie – tak, by każda akcja dawała szansę na zdobywanie bramek.

Mocno ewoluowało Pańskie spojrzenie na piłkę przez lata kariery? Np. gdybyśmy porównali obecne podejście do futbolu Wojciecha Stawowego, a to z pierwszego okresu w Cracovii Kraków (2002-2006)?

Tak! Piłka się zmienia, idzie do przodu, nie można więc pozostawać w miejscu, gdzie było się kilka lat wstecz. Piłka staje się szybsza, kreatywna. Np. dawniej zawodnicy byli mocniej przywiązani do pozycji na boisku, a ktoś, kto myśli nowocześnie, wie, że nie może bać się wymóc na zawodniku tej zmienności. W moim przypadku też to się zmieniło przez te lata. Gdy obserwuję najlepsze drużyny na świecie, widzę, w którą stronę zmierza futbol. Do tego dobieram środki treningowe.

Środki treningowe czy narzędzia zmieniają się, ewoluują, zwłaszcza teraz wraz z postępem technologicznym. To mocno zmienia pracę trenera?

Wiedza trenerska jest bardzo ważna, ale nigdy trener nie będzie pracował dobrze, jeśli ta wiedza nie będzie kontrolowana. Można mieć ogromną wiedzę, ale człowiek jest tylko człowiekiem i popełnia błędy. By temu zapobiec, używa się udogodnień technologicznych. Nie ma zespołu na światowym topie, który by z nich nie korzystał. Pracujemy z żywym organizmem, którego nie da się oszukać, musi być on kontrolowany. Ja zawsze starałem się proces treningowy kontrolować. Nigdy nie pracowałem tak, by nie wiedzieć co dzieje się z moim zawodnikiem. Po sesji trzeba usiąść do analizy, sprawdzić, czy poruszał się w dobrych strefach, czy praca została wykonana, czy trening był za mocny, a może za słaby. Np. pod względem motorycznym pomocny jest system AiCoach pozwalający monitorować obciążenia, ale ważne też są narzędzia do analizy wideo. W Escoli oprócz wspomnianego AiCoach zainstalowano już system kamer SAG, by mieć wizualizację tych zajęć pod względem np. taktycznym. Wtedy można indywidualnie, czy z perspektywy danej formacji pokazywać boiskowe zachowania zawodników.

W Escoli promuje Pan dość oryginalny na skalę Polski styl gry w piłkę. System gry na trzy „szóstki” czy krótkie wznowienia gry przez bramkarza to tylko niektóre z preferowanych przez Pana boiskowych „narzędzi”. Są one efektywne dla zespołu?

Wypracowujemy swój styl, który jest przemyślany. Bardzo dużo czasu poświęcamy na pracę taktyczną w sztabach trenerskich – przez szkolenia i konsultacje, a potem przenosimy to na grunt zespołów i nauczamy zawodników. Chcemy, by byli wszechstronni, bo nie wiadomo, do jakich klubów trafią na poziomie seniorskim. Przygotowujemy ich, by potrafili zachować się w każdym systemie gry. Nasze rozwiązania, o których Pan wspomniał, wydają się niezrozumiałe dla innych – choćby z perspektywy wyniku. W mojej ocenie jednak w piłce młodzieżowej zasadą nr 1 jest to, by nie grać za wszelką cenę na wynik. A propos stylu i choćby krótkiego wznawiania gry przez bramkarza – kiedyś robiłem statystyki, ile procent wybijanych przez bramkarza piłek wracało z powrotem na połowę drużyny. Zdecydowany procent wraca i to pod nogi rywala. Dziś próbujemy grać od tyłu. Nasi bramkarze potrafią to znakomicie. Często też mówi się o grze na trzy „szóstki”. W naszej akademii stawiamy na technikę użytkową. Trzy „szóstki” wzięły się z tego, że nasi boczni obrońcy nie grają przywiązani do linii bocznych lub „od szesnastki do szesnastki”. Są zarówno skrzydłowymi, jak i rozgrywającymi. Dlatego tak często przebywają w środkowej strefie boiska i z zawodnikiem, który gra na pozycji nr. 6 współpracują dwaj boczni obrońcy. Wielokrotnie przekonałem się, że sprawia to rywalom dużo kłopotów. Podobne sytuacje dzieją się „wyżej”, gdzie też następują rotacje. W ogóle chcielibyśmy na każdej pozycji mieć zawodników wyszkolonych jak klasyczne „dziesiątki”. Jeżeli tak będzie to spokojnie możemy konstruować akcje od tyłu. Nie tak dawno oglądałem mecz CLJ U-15 między Legią Warszawa, a naszym zespołem prowadzonym przez Rolanda Thomasa. Nie pozostawiliśmy wątpliwości, kto w tym spotkaniu jest zespołem kreatywnym. Było tam dwóch przedstawicieli skautingu z Holandii. Po meczu podobało im się to, że Escola potrafi grać tak kombinacyjnie i wymiennie. Z kolei seniorzy trenera Krzysztofa Bakaja zrobili tak ogromny postęp, że ten poziom, który prezentują, przerasta poziom okręgówki, a może nawet IV ligi. Poradziliby sobie nawet i w III, mogę się pod tym podpisać dwoma rękami i wziąć pełną odpowiedzialność. Jest tam kilku chłopców, którzy trafią wkrótce do zespołów pierwszoligowych i ekstraklasowych jeżeli tylko ktoś będzie umiał mądrze na nich popatrzeć. Na ostatnim meczu ligowym były trzy-cztery kamery kręcące spotkanie pod kątem kursu UEFA. Jeżeli nagrywa się mecz Escoli, to znaczy że ktoś chce się na tym wzorować.

W ostatnim czasie pojawiły się w mediach komentarze, że wypadł Pan z głównego nurtu futbolu.

Nie uważam się za takiego trenera. Jeżeli wypadłem, to wypadłem z bieżącej pracy w zespole seniorskim. To moje marzenie, by znów mieć taki zespół, poczuć znów tę adrenalinę związaną z meczami mistrzowskimi i wprowadzać metody, które od lat stosowałem, a przez te lata modyfikuję. Nie uważam też, że gdybym wrócił do piłki seniorskiej robiłbym dokładnie to, co kilka lat temu, wprowadziłbym wiele nowych, fajnych rozwiązań, na dzień dzisiejszy niefunkcjonujących w Ekstraklasie. Mam głowę pełną pomysłów. Medal ma jednak dwie strony – jestem też bardzo dumny, że jestem w Escoli. To misja trenerska polegająca na tym, by pomóc młodszym trenerom i przekazać, co zdobywałem przez lata. Mam to szczęście, że ci, z którymi pracuję, są bardzo zdolni, chcą się uczyć. Mogę pomagać też młodym piłkarzom, a kiedyś być może będzie mi dane z nich skorzystać. Gdyby dziś trafiłbym do Ekstraklasy czy I ligi, to widziałbym kilku zawodników Escoli w swoim zespole.

Trenerzy mają dużo swobody czy jako dyrektor niejako narzuca im Pan sposób pracy?

Chcę, by mieli poczucie, że wprowadzają do pracy szkoleniowej swoje rozwiązania. Nie jest dobre dawanie komuś „gotowca” i nakazywanie wykonania jednostki „od A do Z”. Zabija się wtedy wizję trenerską. Mamy zdolnych trenerów, przed którymi widzę szansę zajścia bardzo wysoko. Współpracujemy więc by dać im swobodę, ale w sposób kontrolowany. Ta kontrola polega na tym, że mamy ustalone mikrocykle tworzone przeze mnie. Trenerzy zobowiązani są je realizować, ale mają możliwość by w danym mikrocyklu pewne rzeczy modyfikować. Ponadto mamy jeden dzień w tygodniu, nazywamy go „Dniem Trenera”, gdy mają oni szansę zrobienia czegoś po swojemu.

Gdzie szuka Pan obecnie inspiracji?

Nigdy nie ukrywałem, że trenerem, który mnie inspiruje jest Pep Guardiola. Już gdy zaczynałem pracę w Wiśle Kraków interesowała mnie hiszpańska myśl szkoleniowa. Nigdy nie starałem się kopiować trenerów. Czasami ktoś naśladuje gesty, ubiera się podobnie i chce grać jak drużyna Guardioli. Ja tego nie robię, bo można się jedynie inspirować, ale oglądam jego mecze i gdy mam wybór np. Barcelona – PSG czy Manchester City – Szachtar Donieck, to wybieram ten drugi, by zauważyć nowinki taktyczne. Dla mnie trendem, który trzeba obserwować jest Liga Mistrzów. Oczywiście najlepiej móc pojechać na każdy taki mecz czy być na stażu u takich trenerów, ale mnie podoba się też coś takiego, jak utrudnienia w pracy, bo to zmusza trenera, by nie iść na skróty, a usiąść i się zastanowić. Dla mnie trener to osoba, która tworzy, komponuje, pisze. I wdraża w życie. Największą satysfakcją szkoleniowca jest wymyślenie czegoś, czego nie można znaleźć w Internecie, czegoś, co będzie nazywało się np. „Made in Dousa” i to będzie tylko jego. Chcę powiedzieć, że gdy dostałem telefon od prezesa Wilczyńskiego, by kontynuować to, co dzieje się w Barca Academy do lat 12., bardzo się ucieszyłem. Znalazł się w Polsce człowiek, który docenił to, że moje drużyny grały podobnie do hiszpańskich, że chciały kreować grę i dominować nad rywalem. Bardzo zachęcam wszystkich rodziców mających wątpliwości gdzie posłać dziecko, by przyprowadzali je do Escoli, bo jest tu gwarancja, że nauczy się grać w piłkę. Zanim skończy wiek juniora będzie przygotowane pod względem techniczno-taktycznym.

Która pozycja na boisku jest najbardziej wszechstronna?

U nas każdy musi być wszechstronny. Chłopcy, których w Escoli otrzymujemy z Barca Academy są pod tym względem przygotowani znakomicie. To nas wyróżnia i takich chłopców też szukamy. Nie chcę wymieniać nazwisk, ale zdziwiłem się, gdy kilku zawodników trafiło do nas z Legii. Jak można było ich oddać?

Damian Sędzikowski?

Na przykład. Mam na myśli zawodników tak zaawansowanych m.in. technicznie. Wracając do tematu – po kilku latach w Escoli stwierdzam, że trenerzy mnie zaskakują, mogę się od nich uczyć. Wrócę do meczu trenera Rolanda – przyszedłem chwilę spóźniony i przez półtorej minuty rozgryzałem pomysł Rolanda na to spotkanie. Jeśli chodzi o ustawienie, o poruszanie się zawodników. Półtorej minuty zajęło to mi, osobie, która jest z Rolandem na co dzień. Wiem, że zajęło to też dużo czasu trenerom rywala.

Jedna cecha Guardioli, która przekonuje Pana najbardziej?

To, że potrafi w każdym zespole przekonać zawodników do pomysłu na grę. Że w to wierzą i to realizują. Ale również to, że potrafi zdjąć z piłkarzy presję, oni nie boją się niekonwencjonalnych rozwiązań. To spodobało mi się najbardziej. Wydaje mi się, że to udało mi się też w Escoli – że przekonałem trenerów do swojej wizji.

Widzi Pan w Polsce jakąś drużynę, którą mógłby Pan przekonać do tej wizji?

Nie znam zawodnika w Polsce, który nie chciałby grać w piłkę. Chodzi mi o grę, w której chce się mieć piłkę przy nodze. Grając w „dziadka” niefajnie czuje się ten, który jest w środku. Fajnie zaś czują się ci na zewnątrz. To samo przenoszę na boisko – nie wierzę, że są piłkarze, których interesuje tylko to, by przeciąć i wybić. Większość chce utrzymywać się przy piłce.

Czyli nie ma w Polsce trenerów, którzy chcą i są w stanie grać w ten sposób?

Nie chciałbym tego mówić. Często jest ta presja, że trener wybiera najprostsze, najbardziej bezpieczne rozwiązania, bo jeżeli przegrał trzy-cztery mecze, to jest już nad nim widmo zwolnienia. Mało jest trenerów, którzy chcą podjąć ryzyko, potrzebują czasem dużo czasu. Ja jestem takim trenerem, że nie potrafiłbym robić coś wbrew swoim zasadom, ale zdaję sobie sprawę, że są różne momenty. Jeśli przychodzi się do drużyny w trakcie sezonu przed samym meczem, to nie da się nauczyć wszystkiego. Jest jednak możliwe, że po tygodniu pracy pojawią się głosy: „ten trener już zaczął odciskać swoje DNA na zespole”. Każdy tydzień trzeba wykorzystywać, by do tej wizji przekonywać. Nawet przechodząc w przerwie reprezentacyjnej jest ten komfort większy. Piłka jest prostą grą, musi cieszyć i sprawić, by zawodnik czuł się swobodnie i był przekonany do wizji trenera. Przy mojej wizji np. kluczowe jest, by zawodnicy płynnie przechodzili z działań ofensywnych do defensywnych i odwrotnie. By zachować przy formacjach proporcję 50% na 50%, a przy ofensywnym stylu gry 60, a nawet 70% do 30%.

I to jest bardziej Pańska wizja.

Tak. Nie da się jednak uciec od tego, że tę wizję wyznacza trener. Jeżeli chce grać tak, to tak też gra zespół. Natomiast pytał Pan też o to, czy w Polsce są zespoły chcące grać w piłkę. Są takie podążające w kierunku, w którym podąża europejski top - liga hiszpańska czy niemiecka, która jest wg mnie odzwierciedleniem tego, jak należy przejść z futbolu fizycznego na techniczny. Kiedyś była to gra na zasadzie stuprocentowej dyscypliny w defensywie, gry prostymi środkami. W Polsce są trenerzy, którzy chcą iść za tym trendem i dla mnie jest tu przykładem – mimo nienajlepszych wyników – ŁKS. Trener Moskal chce, by drużyna utrzymywała się przy piłce w mądry sposób i kreowała grę. Często jest to krytykowane, bo „to bramek nie daje”. Ale jeśli zawodnik nie ma pewności skuteczności dośrodkowania czy prostopadłej piłki, to lepiej tę piłkę wycofać, nie stracić i budować nowe rozwiązania.

Tak zachowują się też w takich sytuacjach zawodnicy Escoli?

My mamy 4 zasady, nie lubię ich zdradzać, ale to zrobię: 1. Po każdym odbiorze podanie musi iść w górę. 2. Jeśli nie ma tej możliwości, gramy w poprzek. 3. Jeśli to jest niemożliwe, gramy w tył. 4. Jak najmniejszą liczbą zawodników zdobywamy najwięcej przestrzeni na boisku.

Jeszcze jako młody chłopak zainspirowany hiszpańską piłką miałem różne nowe pomysły. Mówiłem: zobaczycie, przyjdzie do Polski gra strefowa, gdzie obrońcy nie będą biegali za swoimi rywalami, tylko kryli strefami. Potem mówiłem: piłka ewoluować będzie w kierunku 4-3-3. Mówiłem też, że bramkarze przestaną lagować, i to dzieje się właśnie teraz. W przyszłości wyeliminowałbym też grę ręką. Rzuty z autów powinny być na zasadzie rzutów wolnych pośrednich. Rzut rożny wybijany jest nogą, dlaczego więc auty wykonujemy ręką? To by jeszcze bardziej uatrakcyjniło grę, bo to byłoby dodatkowe zagrożenie. Aut w okolicy rogu szesnastki byłby stałym fragmentem.

Ma Pan jeszcze jakieś nowe pomysły?

Mam wiele przypiętych łatek. Gdy ktoś zaczyna ze mną rozmawiać, to te łatki zaczyna po kolei odklejać. Więc rzeczy innowacyjne, o których mógłbym dalej mówić, czasami mi szkodzą. Wrócę do mojego wywiadu gdy przejmowałem Widzew. Dziś gdy pojawia się temat zatrudnienia Stawowego w klubie, to pojawiają się zgryźliwe opinie. Skąd to się wzięło? Zapytano mnie o 5-cio letni plan pracy w Łodzi. I ja zrobiłem błąd.

Bo plan kończył się na Lidze Mistrzów.

Dokładnie. Teraz, gdy dziennikarze mnie o to zapytają, tego błędu nie popełnię. Skupię się na każdym kolejnym tygodniu. Wtedy wierzyłem w to, że przyjdzie taki moment, że będziemy walczyć o mistrza Polski, a wiadomo, że wtedy gra się o Ligę Mistrzów. Jeśli w ciągu 5-ciu lat nie ma się takich założeń, to pokazuje brak ambicji trenera. Ja przychodzę do zespołu po to, by wygrywać. Jeśli zapytałbym trenera Vukovicia czy Probierza, czy chcą grać o mistrzostwo i Ligę Mistrzów to powiedzieliby, że nie? Dziś obejmując zespół, po wyciągnięciu wniosków z moich błędów z przeszłości, bazowałbym na wachlarzu nowych pomysłów, które mam w głowie i bardzo się z tego cieszę. Praca trenerska sprawia mi większą radość i doskonale wie o tym prezes Wilczyński. Okres w Escoli jest momentem, gdzie mogę choć minimalnie pomóc trenerom i młodym zawodnikom w rozwoju. Moja obecna praca to inna rola, która w pracy trenerskiej może tylko procentować.